Dr Markus Krall

Dr Markus Krall
@Markus_Krall
13 sierpnia

„Dlaczego tak zwani ‘twórcy kultury’ w ogóle mieliby otrzymywać publiczne pieniądze?
Nie obchodzi mnie, po której są stronie.
Powinni sprawdzić się na rynku i tworzyć rzeczy, za które ktoś dobrowolnie zapłaci. Kropka.”

„Si non in nugis publicis sermonem profudisses, peritus rei oeconomicae mansisses.” ¹

Koniec.

Dr Markus Krall, samozwańczy ekspert absolutnie od wszystkiego,
a więc oczywiście także od sztuki. I od rynku. Zabrał głos.


To bez wątpienia sześćset drugie banalnie radykalne oświadczenie tego rodzaju,
z którym musiałem się zetknąć w trakcie mojej działalności zawodowej.
Jednak to osobliwe, napędzane potrzebą władzy, estetycznie hegemoniczne i kompulsywnie megalomańskie oświadczenie kolejnego niemieckiego estetycznego nie-twórcy (FN)
tym razem nie powinno pozostać bez komentarza.

Bo to, co „król” dr Markus Krall właściwie próbuje nam powiedzieć (tak jak setki przed nim), sprowadza się do tego, że on — wysoki dostojnik, influencer mediów społecznościowych, handlarz złotem, „wieczny bankier” — jest rzekomo „królem-klientem” wszystkich leniwych, nieproduktywnych, aspołecznych i ekonomicznie nieświadomych, lewicowo-zielonych pseudo-artystów.

Że to on, w istocie (bez poruszenia choćby palcem, bez ryzyka, bez zainwestowania ani jednego centa w powstanie sztuki), uważa się za tego, który — z racji swojego rzekomego królewskiego statusu w naszej gospodarce rynkowej — ostatecznie określa, czym jest sztuka i kto jest artystą.

Po prostu machając — dla odmiany — sztabką złota Degussa (zamiast zwykłych banknotów) przed oczyma tych, którzy zajmują się zupełnie innymi rzeczami,
a następnie, jak wielu przed nim, czując nieodpartą potrzebę pouczyć artystę, że jeśli nikt (zwłaszcza żaden były bankier) nie kupuje jego „mazajów”, to „drogi artysto”, powinieneś po prostu zająć się czymś innym.

A więc tak. Oto znowu pan Krall nam wszystko wyjaśnił.
Teraz już wiemy, „gdzie biegnie zając”.

I po raz sześćset drugi to nieproszona lekcja, która nawet nie ma być punktem wyjścia do dyskusji.
Bo na taki mały, banalnie populistyczny kaznodziejski tekst nie może być żadnego bezczelnego, niegrzecznego „ale”.
W końcu gdzie my żyjemy?
A już zwłaszcza nie gdy chodzi o sztukę.
I tym bardziej nie ze strony jakichś rzekomo nieudanych artystów.

Bo tak jest,
ponieważ Krall mówi, że tak jest.
A więc: prawda powszechnie ważna. Koniec.

2. Rynkowe nieporozumienie

Problem tych banalnych, rynkowych, artystyczno-hegemonicznych i szeroko rozpowszechnionych polityczno-władczych nieporozumień w podejściu do sztuki polega na tym, że wszystkie przesłanki naszego bardzo rozmownego twitterowego filistra są błędne u samych podstaw.

Pozwólcie, że to wyjaśnię.

1.
Dobrze — i ta myśl może być rzeczywiście niezwykle trudna do przekazania komuś takiemu jak dr Markus Krall, skupionemu w samym centrum własnej ważności — ale „wartość” takich krallowskich, rynkowo-radykalnych wypowiedzi o sztuce można w istocie wyrazić matematycznie z całkowitą dokładnością.

Trzeba by tylko, panie Krall, choć na chwilę uruchomić wyobraźnię — co, rzecz jasna, będzie trudne, skoro brak panu jakiejkolwiek empatii — ale proszę mimo wszystko spróbować wyobrazić sobie następującą sytuację:

Tworzy pan na własny koszt, powiedzmy, dwanaście obrazów olejnych rocznie.
Stoją one potem w pana pracowni — nieznane, nie sfotografowane.

I co trzeci dzień jakiś zuchwały Niemiec wpada z wizytą, by przekazać, nieproszony i przemądrzale, swoje wielkie objawienie, że przecież żyjemy w gospodarce rynkowej, i że pan — jako „artysta” — jeśli nikt nie kupuje pana „bazgrołów”, musi koniecznie robić coś innego.
I tak dalej. Koniec dyskusji.

Tymczasem punkt matematycznie najbardziej znaczący — ta druga perspektywa, artystyczny punkt widzenia na całą sprawę — wygląda tak:

W tym samym momencie osiemdziesiąt cztery miliony Niemców również nie kupuje ode mnie żadnego obrazu — głównie dlatego, że nawet nie wiedzą o ich istnieniu.

Pańska samozadowolona, królewsko-kliencka opinia o sobie samym w tej grze rynkowej, jako rzekomy król-klient i ostateczny sędzia sztuki, ma więc mniej więcej wartość jednej osiemdziesięciocztero-milionowej części całości.

A mówiąc jeszcze prościej:
Wartość pańskiej osobistej opinii na temat współczesnej, żywej sztuki i malarstwa w Niemczech — z punktu widzenia artysty — zmierza praktycznie do zera.

Mógłbym też obliczyć ten współczynnik dla całej Europy
(biorąc pod uwagę zapytania od galerii z Londynu, Paryża, Barcelony, Monachium i Polski).

Teraz zapewne zacznie pan mamrotać pod nosem, że oznaczałoby to, iż mamy w Niemczech osiemdziesiąt cztery miliony królów — i kilku aspołecznych, leniwych, nieudanych usługodawców, którzy w swoich okopconych, piwnicznych kwaterach rodem z Downton Abbey muszą bez wynagrodzenia pracować nad „kulturalnym zaopatrzeniem” królewsko-bankowej elity, aby sprostać wygórowanym wymaganiom, jakie pan, król Krall, stawia wobec tej darmowej kulturalnej obsługi.

Ale jeśli w pańskim małym, bankierskim światku tych osiemdziesięciu czterech milionów ludzi byłoby teoretycznie moimi wyimaginowanymi, władczymi królami, to pan sam nie byłby już niczym wyjątkowym.
Może tylko kolejnym hałaśliwym emerytem, karmiącym się kulturowo-politycznymi i neurotycznymi fantazjami o wszechmocy.

3. Wolność, władza i fałszywa logika rynku

Co więcej, istnieje jeszcze kilka innych problemów, panie doktorze Krall.

Po pierwsze, nie wystawiam już w Niemczech — ani też w Szwajcarii — choć, jak wspomniałem, zapytania od galerii (także z tych krajów, w tym z centrum Monachium) wciąż do mnie docierają.

Po drugie, nie przypominam sobie, bym wchodził z panem w jakiekolwiek konkretne zobowiązania usługowe.

A poza tym — szczerze mówiąc — nie mam też najmniejszej ochoty prowadzić z panem jakichkolwiek interesów.

O ile mi wiadomo, nie łączy nas również żadna przyjaźń.
Dlatego muszę tu i teraz całkowicie odrzucić pańskie arbitralne, hegemoniczne i królewskie roszczenie do statusu „klienta” wobec wszystkich artystów w ogóle, a w szczególności wobec mnie i mojej pracy.

Nie jest pan ani moim klientem, ani moim „królem”.
I z pewnością niczego panu nie jestem winien.

(Zrozumiano, Krall?)

Zwłaszcza że zasady zwykłego obozu pracy przymusowej Volkswagena w czasach nazistowskich — „teraz będziesz tłukł kamienie, bo inaczej, z rozkazu doktora Markusa Kralla, Andrei Nahles, Peera Steinbrücka, Kaia Wegnera, Klausa Wowereita, sądu rejonowego w Maulbronn i urzędu dzielnicy Kreuzberg/Friedrichshain nie dostaniesz nic do jedzenia” — te zasady, stosowane do zniesienia wolnej sztuki w wolnym kraju, z wolnościowym porządkiem konstytucyjnym, w imię drapieżno-kapitalistycznej wersji gospodarki rynkowej, mającej zastąpić pojęcie społecznej gospodarki rynkowej, funkcjonowałyby, jeśli się dobrze zastanowić, tylko pod pewnymi warunkami:

  1. gdyby wokół nas obu, panie Krall, stał płot pod wysokim napięciem albo mur więzienny; lub

  2. gdyby mur wokół całego kraju faktycznie uniemożliwiał osobom wykształconym, takim jak ja, po prostu wyjechać gdzie indziej; lub

  3. gdyby w pańskim małym, ograniczonym bankierskim światku — w tym schröderowskim cudownym kraju agendy VW — każdy artysta rzeczywiście był biedny i bez środków do życia.

I gdyby każdy artysta był tak głęboko pod wrażeniem pańskich wielu sztabek złota Degussa, że sprzedałby panu, ekspertowi od czystej radykalnej gospodarki rynkowej, ładny, dekoracyjny obrazek dla pańskiej małżonki za cenę jabłka albo lodów — obraz, w który wcześniej zainwestował około dwóch tysięcy euro.
Po prostu dlatego, że w świecie Kralla właśnie tak rzekomo działa gospodarka rynkowa.

Z różnych powodów, które nie są pańską sprawą, nie jestem jednak osobą pozbawioną środków.

Co oznacza: w rzeczywistości niczego nie muszę, panie królu Krall.

Nie muszę nawet pokazywać panu swoich obrazów — jeśli nie mam na to ochoty.

Znam bankierów, a także klientów banków (prawdziwa historia),
którzy w Bietigheim-Bissingen od ponad dwudziestu lat czekają, aż „biedny artysta” w końcu się u nich zjawi.
(Bo tak przecież działa gospodarka rynkowa…)

Proszę więc trzymać ręce z dala od mojej własności.

Oczywiście, można uznać, że jest pan — w jakiś absurdalny sposób — czymś dość fascynującym: konserwatywnym niemieckim byłym bankierem, a zarazem pewnego rodzaju „sygnalistą” (to dość zabawne), który jednak postanowił, niczym Waldorf i Statler z The Muppet Show, komentować codziennie z balkonu każdy możliwy temat polityczny na Twitterze.

Ale właśnie w tym tkwi podstawowy problem całego tego pokolenia:
ono naprawdę wierzy, że już rozwiązało i ostatecznie zamknęło wszystkie kwestie dotyczące sztuki, kultury i ekonomii.

Po stronie lewicy prędzej czy później ktoś mnie zapyta, czy brałem udział w tych naprawdę wielkich i ważnych demonstracjach z 1968 roku — a kiedy muszę spokojnie przyznać: „Nie, bo miałem wtedy zaledwie rok”, pojawiają się natychmiast drwiny i szyderstwa.
I znów — (oczywiście, po raz kolejny) — nie ma żadnej dalszej podstawy do dyskusji.
Koniec sprawy.

(A skoro „lewicowcy” zawsze kończą, kradnąc od twórców, a konserwatyści później zawsze kradną od lewicowców, to w pewnym sensie po prostu kręcimy się w kółko, prawda?)

4. Kultura, odpowiedzialność i to, co pozostaje

Co ciekawe, w większych miastach Niemiec — Hamburgu, Düsseldorfie, Frankfurcie i innych — istnieją publiczne instytucje zwane uniwersytetami artystycznymi.
I one, oczywiście, kosztują dużo pieniędzy, panie królu Krall.

Czy zastanawiał się pan — jako człowiek z tytułem naukowym — dlaczego miasto takie jak Berlin, duża metropolia kulturalna, utrzymuje tego rodzaju instytucje?
(Wskazówka: od czasu zjednoczenia Niemiec Berlin ma wszystko w podwójnej wersji).

Być może dlatego, że miasto takie jak Berlin, które żyje z turystyki, ma naturalny interes w tym, by istniała nie tylko żywa scena artystyczna i klubowa,
lecz — a to najlepiej wyjaśnić ludziom pańskiego pokroju za pomocą piłkarskiej metafory — by istniało również kilku artystów grających w pierwszej lidze.

Chodzi o takich artystów, których dzieła przyciągają ludzi z całego świata, by zobaczyć je na miejscu — i którzy wydają potem swoje pieniądze w tej stolicy kultury.
Szalone, prawda?

I to, jestem przekonany, możliwe jest tylko wtedy, gdy ktoś został do tego rzeczywiście przygotowany.
Wiem to, bo zostałem do tego przygotowany — i noszę tę wiedzę w sobie nawet wtedy, gdy znowu próbuje się mnie „zagłodzić”.

A zatem moje pytanie do pana, panie doktorze Krall — do byłego bankiera społecznie nieodpowiedzialnego, który nigdy nie chciał wziąć na siebie żadnej odpowiedzialności społecznej, który zawsze stał z boku i który całkowicie utracił kontrolę nad swoim „krytycznym piórem” — choć podatnik również sfinansował pańskie studia uniwersyteckie:

Dlaczego ktokolwiek miałby być na tyle naiwny, by przez dwadzieścia lat samodzielnie utrzymywać życie kulturalne Berlina lub Niemiec — a potem, po wszystkich obelgach, zniewagach i publicznych wezwaniach do pozbawienia środków („zagłodzić ich” — jak niedawno powiedział burmistrz Berlina), nadal reprezentować Berlin kulturalnie za granicą?

Dlaczego ktoś, kto, tak jak ja, płacił podatki i składki na ubezpieczenie od bezrobocia przez dwadzieścia lat, miałby być uznany za aspołecznego, leniwego pasożyta — a jednocześnie powinien dostarczać panu w Szwajcarii, albo tym wszystkim kulturalnym pasożytom SPD-CDU w stolicy, bezpłatny dostęp do sztuki?
(Inaczej mówiąc: „legitymizację kulturalną”).
I jeszcze postawić panu kieliszek szampana?

Proszę więc odpowiedzieć na moje pytanie, panie królu Krall:
dlaczego miałbym postawić panu kieliszek szampana?

Bo ogłasza się pan królem i określa cały ten skorumpowany, pasożytniczy układ kulturalny SPD jako „czystą gospodarkę rynkową”?
Jako niewidzialną rękę, która wręcza panu szampana?

Nie, nie — proszę się nie martwić. Pan i pańscy bankierscy przyjaciele już wygrali, panie Krall.
Ale to nie o to chodzi.

Nie w tym sensie, że nie istnieje już rynkowo zdolna sztuka,
lecz w tym sensie:

Jako „twórca kultury” po prostu sam wybieram swoje audytorium w naszym wolnym, zachodnim świecie.
Istnieją inne metropolie kulturalne. Konkurencja napędza rynek.
A więc wystawiam po prostu gdzie indziej.
I tam też płacę podatki.

Berlin nie jest nikomu potrzebny.

Trzeba jednak dodać, ostrzegawczo, że nawet ekonomiczna logika turystyki Berlina — jego główny czynnik i podstawowe źródło dochodu — oraz koncepcja kultury jako „miękkiego czynnika lokalizacyjnego” w rzeczywistości już nie trafiają do umysłów współczesnych stołecznych bankierów z Landesbanku ani do urzędników czy prawników w administracji.

Bo tym ludziom od dawna już wszystko jedno.
Siedzą tak blisko koryta z nowo drukowanym papierowym pieniądzem, że jedyną ich przyjemnością jest potrząsanie tymi banknotami — z najwyższą arogancją — przed twarzami wszystkich innych: przedsiębiorców, twórców, artystów, osób samozatrudnionych — nawet w mieście, które z dnia na dzień biednieje coraz bardziej.


Wybrał pan Szwajcarię,
(a ja — Londyn).

Ale zastanawiam się, czy to rzeczywiście był tak mądry wybór — zwłaszcza dla entuzjasty złota, który zdecydował się osiąść właśnie tam.

W końcu manewry armii szwajcarskiej w 2013 roku symulowały francuską inwazję po krachu gospodarczym…

Obecnie mała Szwajcaria, biorąc pod uwagę cenę złota, siedzi na gigantycznym skarbie, podczas gdy jeden mafijny przywódca zagarnia zasoby naturalne Ukrainy, a inny szykuje się do przejęcia Grenlandii.

Zobaczymy więc jeszcze, jak potoczy się sprawa ceł, dolara i reszty kolorowych, drukowanych papierków.


Uwaga dla zwolenników Kralla (słowo klucz: „zakaz złota”):
Warto przyjrzeć się historycznemu rozwojowi malarstwa olejnego w całym minionym stuleciu — mimo wielu wojen, mimo hiperinflacji i mimo niezliczonych reform walutowych.

Bo:

Systemy monetarne przychodzą i odchodzą,
sztuka pozostaje.

Hasta la vista.


¹ „Gdybyś nie marnował słów na publiczne błahostki, pozostałbyś ekspertem w dziedzinie ekonomii.”
Albertus Lascaux (2025), in commentatione satyrica adversus M. Krall, cf. Blog.crit.artis 13 VIII 2025.